Neony. Zapach alkoholu, dymu i pieniędzy.
Próg przekroczyłem jakby mimochodem – w ciemnym płaszczu, z czapką nisko nasuniętą na oczy.
Nie chciałem rzucać się w oczy. Na początek automaty – klasyczne. Strefa cienia. Bez kamer twarzy.
Siadam. Wracam do roli gracza.
Wrzucam żetony, naciskam. Przegrywam. Wygrywam. Obojętnie.
Zależy mi tylko na jednym – czekać. Obserwować. Nasłuchiwać.
🕰️ Minęło dziewięć minut.
📞 Telefon.
Brzęczy jak oszalały.
Numer ukryty, ale nie anonimowy – z zakodowanym tagiem GPS.
Odbieram.
Głos. Zimny. Głęboki. Mechanicznie spokojny.
– Masz 10 minut, żeby wyjść z mojego kasyna.
– Jeśli tego nie zrobisz… nie wyjdziesz wcale.
Zamarłem.
Nie było potrzeby pytać, kto to.
Szekajest wiedział, że tu jestem.
Może wiedział to, zanim przekroczyłem próg.
Rozejrzałem się.
Kamery. Krupierzy. Lustra weneckie.
Światła nie oświetlały – one przesłuchiwały.
Z kieszeni wyjąłem czarną kartę RFID.
Była moim jedynym biletem do środka.
Ale teraz mogła być też znacznikiem śmierci.
Dziewięć minut czterdzieści sekund.
Wiedziałem jedno – Szekajest mnie nie zabił od razu, bo chciał czegoś więcej.
Może informacji. Może… gry.