Była pewna droga, całkiem długa. Po prawej stronie znajdował się lasek i przedszkole, a po lewej szkoła i sklepik. Gdy słońce wstawało, a księżyc szedł spać, pojawiał się on — Pankejkomaniacz. Uwielbiał dwie rzeczy: zabawę z motylami oraz pankejki.

Gdy dzieci przychodziły do przedszkola, Pankejkomaniacz chował się w szafce, z której nikt nie korzystał. Kiedy dzieci wracały do domu, przedszkole się zamykało, a Pankejkomaniacz wychodził i zaczynał robić pankejki.

Był to malutki robocik. Pewnego wieczoru, gdy Pankejkomaniacz smażył swoje złociste pankejki, do przedszkola przyleciał mały motyl ze złamanym skrzydełkiem. Robocik od razu przerwał smażenie i ostrożnie podszedł do motyla. Zaniósł go do swojej maleńkiej kryjówki za szafką i opatrzył mu skrzydełko listkiem i kroplą słodkiego syropu.

Od tamtej pory motyl codziennie wracał, a za nim przylatywały kolejne. Pankejkomaniacz miał już całe stado motyli, z którymi bawił się po nocach na przedszkolnym placu zabaw. Motyle świeciły w blasku księżyca, a on częstował je maleńkimi kawałkami pankejków.

Ale pewnego dnia jedno z dzieci zapomniało w przedszkolu swojego misia. Gdy wróciło po niego wieczorem, zobaczyło światło w oknie i poczuło zapach świeżych pankejków…