Coś zaczęło się dziać.

Z początku myślałem, że to tylko zmęczenie.

Ale kaszel był inny. Mokry, ciężki, głęboki.
Czułem, jakby w moim gardle rósł śluzoguz, który z każdą minutą wypychał mi powietrze z płuc.

Splunąłem na ziemię.

Ślina była lepka i fioletowa.
Parowała.
„To nie może być dobre” – pomyślałem.


👑 Pojawienie się Królowej Żab – majestat i trwoga

Wtedy usłyszałem odgłos. Nie chlupot, nie skrzek.
Muzykę.

Cisza kanałów została złamana przez głos… śpiewu?
Nie, raczej jakby syrena morska próbowała naśladować operę.
Dźwięki były przepiękne, ale obce.

Spośród cienia wyłoniła się Ona.

Żona Żabiego Króla.
Ale nie była bestią.

Była czymś pomiędzy żabą, człowiekiem a… królową snów.
Jej ciało było półprzezroczyste. Jej oczy — jak lusterka z błotem w środku.
Z głowy wyrastały grzyby — długie, cienkie, falujące przy każdym ruchu.
Szła jak władczyni. Jej skóra świeciła bioświetliście, delikatnie iluminując otoczenie.

Patrzyła na mnie.

Nie z wściekłością. Nie z nienawiścią.

Z litością.


🏃‍♂️ Ucieczka przed czymś, co nie zabija… tylko zmienia

Nie wiem, czemu to zrobiłem.

Odwróciłem się i zacząłem biec.
Może to był lęk, może instynkt.
Może… ona nie chciała mnie zabić, tylko przemienić.

Zacząłem kaszleć jeszcze bardziej.
W mojej głowie pojawiły się obrazy, które nie były moje.
Kanały jak pałace. Ludzie jako larwy. Król i Królowa siedzący na tronie z mięsa.

Nie, nie, NIE.

Biegłem, uderzając ramieniem w ściany. Kaszląc krwią.
Fioletowokrewią.

Za mną nie było pościgu.

Tylko ten cichy, elegancki śpiew.


Czy jestem jeszcze człowiekiem?

Zatrzymałem się dopiero po kilkuset metrach.
Zatoczyłem się, padłem na kolana.

Ostatnia strzała – wciąż była ze mną.

Ale moje palce zaczęły przybierać śluzową teksturę.

Spojrzałem w wodę.

Moje oczy… nie były już całkiem moje