Cisza.
Kanał był jak trupiowy oddech — wilgotny, chłodny i pełen dziwnych dźwięków z innego wymiaru. Szedłem powoli, dotykając ściany, która kleiła się do ręki jak żywa. Miałem wrażenie, że ściana też mnie dotyka.
I wtedy to zobaczyłem.
Lśniąco-fioletowa kusza, leżąca pomiędzy gruzem, resztkami plecaków i zgniłą ręką jakiegoś nieszczęśnika. Kusza nie wyglądała jak broń ludzi. Jej metal był… półżywy, pokryty dziwną, falującą fakturą przypominającą skórę żabiego boga.
Obok niej – tylko jedna strzała. Pokryta fioletową cieczą, która parowała, choć było zimno.
🪓 Atak błękitnych żabopsów z grzyboczułkami
Nim zdążyłem pomyśleć, co to za dziwna broń, usłyszałem chlupot-potrząs, potem drugi.
A potem… skok-skok-rykoszet.
Z cienia wyskoczyły żabopsy. Ich skóra była elektryczno-błękitna, oczy świeciły jak żółtoplazmowe reflektory, a z grzbietów wyrastały grzyboczułki — coś pomiędzy radarami a brodawkami.
Pierwsza żabopsa skoczyła prosto na mnie. Wystrzeliłem.
Strzała przecięła powietrze jak fioletowypiorun, trafiła żabę między oczy i…
Zaczęło się parowanie-ssanie. Bestia zaczęła kurczyć się, wić, parować jak wrzucona do wrzątku pijawka.
Znikła.
🧠 Fioletowy jad i walka o przetrwanostan
Nie miałem więcej strzał. Został mi tylko metaloprzęt, który znalazłem wcześniej. Używałem go jak pałki. Żabopsy nadchodziły coraz szybciej, jakby kierowało nimi coś większego.
Jedna ugryzła mnie w nogę. Ząb-acid, jak go nazwałem potem, przebił spodnie i zostawił ślad piekący jak wrzątek.
Nie krwawiłem, ale piekło jakby ktoś wstrzyknął mi mikrożabienie do żył.
Po dłuższej walce wszystkie leżały.
Część parowała, część pękła jak ropniaki.
Zostałem sam, ranny, z jedną strzałą.
Ale żywy.
🧬 Mutageniczna samotność i krok w stronę tronu
Usiadłem.
Oddychałem ciężko.
Trzymałem fioletową strzałę w drżącej dłoni.
W głowie miałem jedno słowo:
Żabi Król.
Wciąż tu jest. Gdzieś w tym podziemiu. Rządzi tym miejscem jak zmutowany cesarz.
A ja… jestem ostatnim, który ma szansę go zabić.