— Jeszcze raz: kiedy wchodzimy? — zapytałem kolegę, ściszając głos.
— Za trzydzieści sekund. Przygotuj się.
Wyciągnąłem broń. Zamek zaskoczył z satysfakcjonującym szczękiem.
— Panowie, wchodzimy!
Wejście do kanałów eksplodowało czerwonym światłem z linii ładunków. Zjechaliśmy na dół po stalowej linie. Było brudno. Lepko. Śmierdziało siarką i zgniłą pleśnią. Ale przestrzeń była ogromna — znacznie większa, niż pokazywały mapy.
Spojrzałem przed siebie. Chłopaki już otwierali kolejne przejście, kiedy nagle — HUK!
Coś gigantycznego runęło na beton, miażdżąc przejście z taką siłą, że poczułem drżenie w zębach. Odwróciłem głowę.
I wtedy go zobaczyłem.
Żabi Król.
Przepotężna bestia — zielona, pokryta brodawkami i naroślami, z koroną z czegoś, co wyglądało jak stopione złoto i… kości. Miał może pięć metrów wysokości i siedem szerokości. Z jego pleców wyskoczyły mniejsze żaby, porośnięte grzybami. Pasożytnicze, mutujące stworzenia, które rzuciły się na nas z nieludzką agresją.
Chłopaki zaczęli strzelać. Seria za serią. Ale to nic nie dawało. Żabi Król po prostu pożerał ich jednego po drugim, zgniatał, zjadał, rozrywał jakby byli zrobieni z papieru.
Zrozumiałem, że to koniec.
Odwróciłem się. Za mną było wąskie przejście, niemal niewidoczne w ciemności. Bez zastanowienia pobiegłem. Rzuciłem broń, zdarłem z siebie kamizelkę kuloodporną, byle tylko się przecisnąć. Udało się. Przeżyłem.
Ale teraz jestem sam. Zgubiłem się w kanałach.
Nie wiem, gdzie jestem. Nie wiem, czy ktoś jeszcze żyje.
Czy to był eksperyment?
Zasadzka?
Albo może… coś starszego niż myśleliśmy?
Z otchłani dochodził odgłos chlupotu. Cichy rechot.
Co teraz?
Śmierć?
A może coś gorszego?